O Dzidzi Sylwii Chutnik słyszałem bardzo wiele na wykładach z polskiej literatury najnowszej. Ponieważ wcześniej nie miałem czasu, udało mi się po tę pozycję sięgnąć dopiero teraz. Po słowach, które usłyszałem od profesora z katedry, spodziewałem się zupełnie czegoś innego, niż przeczytałem. O czym jest Dzidzia? Zobaczcie.
Ale kim jest zagadkowa tytułowa Dzidzia? Dzidzia to córka Danuty Mutter, której przodkowie „pomagali” Polakom podczas wojny. Najpierw dawali im jedzenie, schronienie, potem odbierali ubrania i wydawali władzom. Danuta urodziła troje dzieci. Jednak ponieważ robiły zbyt duży hałas, matka wsadziła im w usta mokre ścierki, a ojciec zamknął je na balkonie. Dzieci zmarły, a Danuta urodziła czwarte dziecko – Dzidzię.
Dzidzia jest chora na wszystko, na co tylko można być chorym. Nie ma kończyn, ma wodogłowie, padaczkę, porażenie wszystkiego i łupież. Na dodatek śmierdzi, jest debilką, robi pod siebie i zarzyguje łóżko.
Każdy z nas na pewno słyszał, jak inni naśmiewają się z niepełnosprawnych, może nawet sam się wyśmiewał. Sylwii Chutnik także udaje się w pewien sposób wyśmiewać niepełnosprawność Dzidzi. Robi to przez język, często bawi się nim, szokuje, jest wulgarna. Do tego stopnia, że czytelnik jest zniesmaczony, chce odłożyć książkę, nie godzi się na to, co mówi narrator. Ale jednak czyta dalej…
Dzidzia przepełniona jest groteską, satyrą. Kpi z opieki społecznej, kiedy jej pracownicy przychodzą po dziecko i zastanawiają się, co z nim zrobić. Pytają czy dziecko uczęszcza na warsztaty kreatywnego życia i hebrajski, czy ma indywidualny tok nauki na ukulele metodą nieinwazyjną, czy często chodzi na koncerty do fisharmonii. Czytając to, jest się w głębokim szoku. Dziecko od urodzenia jest chore, nie wie, co dzieje się wokół niego, a kobiety z opieki zadają takie pytania. Ale kiedy przypomni się sobie wszystkie wiadomości dotyczące opieki społecznej, to czy to właśnie takie nie wygląda?
Po naradzie kobiety zdecydowały, że dziecko oddadzą „Katolickiej Fundacji na rzecz Epatowania Nieszczęściem”, a Dzidzia szybko zostaje święta i wykładają ją na ołtarzu w kościele „Maryi Gołąbkowskiej Oczywiście Dziewicy”. Ma się nią zająć obrotny ksiądz, co to „Murzyna dołączył do szopki i był krową w stajence, tylko mu się łaty wymalowało”.
To wszystko szokuje, ale jednocześnie wciąga. Nie podoba mi się jednak to, co dzieję się dalej. Dzidzia zapala się w kościele, z którego ucieka, a nikt jej nie szuka. Wpada na tory, po których, jak się później okazuje, do Warszawy zmierza jej matka. A po co zmierza? Jedzie zawieść dokumenty do sądu, ponieważ chce dostać odszkodowanie. Niestety, jest niedziela i sąd jest zamknięty…
Może w ten groteskowy sposób Sylwia Chutnik kpi także z naszego narodowego cierpienia? Ciągle przewija się tutaj motyw historii zdradzonych Polaków i związany z tym płaszcz, na dodatek pojawia się rozdział „Wielka Improwizacja” pochodzący z „Dziadów” Mickiewicza, a utrzymany przez Chutnik w podobnym tonie, nawet często parafrazowany, a cierpieniu Polski w „Dziadach” pisać chyba nie muszę.
Pozycja ciekawa, na pewno warta przeczytania.
A Ty co myślisz o Dzidzi?
Sylwia Chutnik
Dzidzia
Świat Książki 2009
Nie wiem, czy wzięłabym tę książkę do ręki. I chcę, i boję się. Jestem niezwykle wrażliwa, zarówno oglądając film, jak i czytając książki. Mogłoby to być niezwykłe doświadczenie i na pewno pozostałaby ta historia w mojej pamięci. Ale czy nerwowo dałabym radę? Postawiłeś mi wyzwanie.
OdpowiedzUsuń