Myślałem, że literatura tendencyjna, często zresztą krytykowana, swoje lata świetności dawno ma już za sobą. Jak dotąd nie spotkałem się z objawami tendencji w polskiej literaturze współczesnej (może po prostu za mało jej czytałem?). Sylwia Chutnik wyprowadziła mnie z błędu.
Kieszonkowy atlas kobiet jest literackim debiutem Sylwii Chutnik. Jej bohaterkami i bohaterem są osoby mieszkające w Warszawie, w jednej z kamienic na ulicy Opaczewskiej. Wszyscy mają takie samo imię – Maria Kreteńska (Czarna Mańka), Maria Wachelberska, Marian Pawlikowski (Paniopan) i Marysia Kozak.
Każda z tych postaci jest inna, wyjątkowa. Mańka uwielbia szorować kibel. Bo w ogóle szorowanie kibla to tajemna umiejętności, wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie, z matki córkę, z babci na wnuczkę. Poza tym Mańka pracowała ze swoją matką na bazarze, zdradził ją mąż, po czym urodziła dziecko. Tylko że dziecko było… skrzepem. A że Mańka pragnęła dziecka, bo zazdrościła, że kochanka męża właśnie urodziła, to Mańka także „urodziła”. Od tej pory zaczęła zajmować się Anulką, włożyła ją do wózka, w którym wcześniej woziła rzeczy, które mogła sprzedać na złomie – stare puszki, butelki i wszystkie inne rzeczy, które wożą przy sobie bezdomni. No bo tak właściwie, to Mańka trochę jednak bezdomna była. Lubiła jeszcze zdzierać skórę na nadgarstku o płoty, budynki, to podobno nawet lepsze od cięcia się.
Maria Wachelberska (Wachelberg) przeżyła wojnę. Jest żydówką, udało jej się uciec z getta. Teraz ma ponad 80 lat i ledwo radzi sobie z życiem. Młodzi ludzie ją podziwiają, mówią, że miała takie ciekawe i cudowne dzieciństwo, bo wojnę przeżyła, a oni, młodzi, co mają robić, tylko się nudzą. Jednak Maria na samo wspomnienie wojny przeżywa koszmar. Zabiła własną matkę, ukrywała się, wyparła z głowy myśl, że jest żydówką (gdy widzi na murach napisy obrażające żydów, myśli, że jeszcze od czasów wojny nikt tego nie wyczyścił) i całe życie udawała, że jest inaczej. Przy okazji rozważań i wspomnień Marii mamy, niestety, ale prawdziwy, obraz tego, co pozostało. Na każdym kroku widzimy pomniki, tablice pamiątkowe, które mają nam przypominać o poległych żołnierzach, narodowych bohaterach. Nigdzie nie ma informacji o tym, ile kobiet zostało zgwałconych, zabitych. Kobiety zawsze są na dalszym planie, a najważniejsi są ci, którzy walczą w imię ojczyzny. One też walczyły.
Kolejnym bohaterem jest Marian. Marian ma kilka tajemnic. Nie ma żony, ale udaje, że ją ma, tylko gdzieś wyjechała. Marian lubi sprzątać, szydełkować, z wykształcenia jest cukiernikiem. I lubi szyć, ostatnio nawet uszył suknię ślubną. Ale dla kogo? No dla nikogo, chciał, żeby wisiała w szafie. Ludzie podejrzewają, że pan Marian jest gejem. Czasami ktoś tam go wyzwie od pedała lub cioty, ale zaraz pojawia się głos, że co to, gdzie to tak komuś się do życia wtrącać. Nie jest, a nawet, jeśli jest, to co z tego? Pewnego wieczoru pana Mariana spotyka jednak przykre wydarzenie…
Ostatnią bohaterką jest Marysia. Ma 11 lat, chodzi do szkoły i wszyscy myślą, że jest śliczną księżniczką i rodzinnym skarbem. Ale nie jest. Marysia pluje na kanapki, które robi na kolację (na swoje też, a potem się śmieję, gdy trafi na swoją ślinę pod sałatą), znęca się nad chorą babcią, w kościele drapie klęcznik gwoździem (ale od wewnątrz, żeby nikt nie widział), wkrada się sąsiadom do piwnicy, włóczy się w nocy po mieście i wkłada żelki w dziurki od klucza, żeby nikt nie mógł otworzyć drzwi. I potrafi zabijać wzrokiem.
Cieszę się, że przeczytałem Kieszonkowy atlas kobiet. Chutnik pokazuje w nim, że osoby z marginesu społecznego też mają życie, też mają problemy, marzenia. Pokazuje problemy, z jakimi na co dzień muszą zmierzać się starsze, schorowane osoby. Pokazuje, że nie każda osoba transseksualna jest jednocześnie homoseksualna, ale także, że w domach naszych sąsiadów mogą się dziać rzeczy, o których nam się nawet nie śni, bo po co by miało? To nie nasza sprawa. I wreszcie, pokazuje, że dorośli niczego nie wiedzą o życiu swoich dzieci, że dzieci nie są i nie chcą być takie, jakie rodzice chcą, żeby były.
Chutnik pokazuje wszystkie współczesne wyobrażenia na temat kobiet: mówi, że „kobieta bez ciała to trup. Taka kobieta nie żyje”, pokazuje, że każda chce mieć dziecko, najlepiej gromadkę, że każda uwielbia sprzątać, że bardzo łatwo znaleźć pracę: „czy mogłaby mnie pani poratować jakimiś drobnymi na chleb. Bo zbieram. Bo, kurwa, jestem niezaradna życiowo i się jakoś do firm nie dostałam. Że niby za małe doświadczenie. Ludzie! Ludzie!! Jakie ja mam, proszę was, doświadczenie życiowe, to wy byście się na lewą stronę przekręcili i z powrotem do brzucha matki wleźli z krzykiem”.
Myślę, że książka Chutnik to pozycja obowiązkowa. Rozumiem jednak, że nie każdemu spodoba się język, którym się posługuje, historie, które przedstawia, nie każdy pojmie, o co naprawdę chodzi autorce. Ja jestem zachwycony!
A Ty co myślisz o Kieszonkowym atlasie kobiet?
Sylwia Chutnik
Kieszonkowy atlas kobiet
Korporacja Ha!art 2009
Moim zdaniem ważne jest jeszcze ujednolicenie imion. Każdy autor zwykle dba o to, aby bohaterowie mieli własne imiona i nazwiska, które się nie powtarzają po to, aby łatwiej byłoby czytelnikowi zidentyfikować bohatera, o którym aktualnie czyta. W tym przypadku każdy ma to samo imię. Są, co prawda, słowa pomagające rozróżnić bohaterów, ale wydaje mi się, że wynika to bardziej z konieczności - w końcu tyle historii jest opowiedzianych; odrębnych historii. Dla mnie ujednolicenie imion to zabieg symboliczny, przez który autorka próbuje powiedzieć, ze nie ważne jak bohaterowie się nazywają - czy będą to cztery Marysie czy Kasia, Basia, Julia i Magda. To równie dobrze mogę być ja, moja sąsiadka i koleżanka z pracy. Chutnik wprowadza przez to swoisty uniwersalizm..
OdpowiedzUsuńTrochę mnie bohaterki tej książki przerażają, Marian trochę mniej. Ale myślę, że to może być ciekawa lektura.
OdpowiedzUsuńNiestety książka jakoś mnie nie kusi - a co za tym idzie nie sięgnę po nią.
OdpowiedzUsuńPs. odwiedzam często nowe blogi :)
Sylwia Chutnik kusi mnie swoją najnowszą książką, która pojawiła się w ofercie Wydawnictwa Znak. Podejrzewam, że się skuszę :)
OdpowiedzUsuńNo i mam nadzieję, że pozostaniesz w blogosferze na dłużej ;)
Tymczasem - zapraszam do siebie!