| Źródło: http://www.opera.poznan.pl |
W wielu recenzjach, które przeczytałem na temat
poznańskiego wystawienia Don Giovanniego
w Teatrze Wielkim pojawia się krytyka, że to przedstawienie jednej sofy. Na
scenie nie ma bowiem niczego poza sofą, która wnoszona i wynoszona jest w
kolejnych scenach. Zastanawiam się przy tym, dokąd zmierza współczesna opera,
współczesny teatr w ogóle, w którym dominuje tak daleko posunięty minimalizm. W
coraz większej liczbie przedstawień zaczyna dominować słowo, muzyka, gest, a
nie scenografia, tak niegdyś ważna dla teatru po długiej drodze, którą do
teatru doszła.
Pippo Delbono, reżyser przedstawienia, wpada na
kilka ciekawych pomysłów, które realizuje w trakcie przedstawienia. Jednym z
nich jest jego własne wystąpienie. Widzowie mogą usłyszeć głos reżysera, który
przybliża historię życie Mozarta, którą porównuje do losów głównego bohatera
opery. O ile jakość nagrania i sam głos Delbono są urzekające, o tyle polski
lektor mówi monotonnie, z wadami wymowy, co psuje cały efekt, jaki ta część
miała wywołać. Podane są na końcu szczegóły śmierci Mozarta, jego zbiorowego
grobu. Aby to zobrazować, podczas trwania uwertury do opery podnosi się
kurtyna, a na scenie leżą półnadzy członkowie baletu. Ułożeni są w jednym rzędzie
i pada na nich białe światło, które symbolizować ma wapno przykrywające chowane
zwłoki. Pomysł ciekawy, jednak natychmiast przywołujący na myśl zbiorowe groby
powstające podczas II Wojny Światowej. O ile na początku uznałem to za dość
przekonujące, o tyle później stwierdziłem, że to pomysł dość kontrowersyjny.
Dyskusyjny jest także wybór stroju dla Leporella i
Don Giovanniego. Cała sztuka ich przebiegłości polegać ma na zamianie stroju i
zmyleniu zebranych na uczcie. Trudno to jednak uczynić, kiedy obie postacie
przez cały czas trwania opery występują w takich samych strojach! Widz, który
nie znał wcześniej libretta, może się nawet nie zorientować, że postacie
dokonały jakiejkolwiek zamiany. Bohaterowie wyglądają jak równi sobie, wcale
nie widać, że Leporello jest sługą Don Giovanniego, ma na sobie bogate,
kunsztowne stroje.
Chwilami miałem też wrażenie, że aktorzy grający
Leporella (Adama Palka) i Don Giovanniego (Stanisław Kuflyuk) powinni zamienić
się rolami, bo to niezwykły głos Adama Palki zdominował całe przedstawienie.
Warto tu zwrócić uwagę na „arię katalogową”, którą Palka wykonał idealnie, a i
pomysł reżysera na tę scenę zasługuje na pochwałę – kurtyna, sofa i pojawiające
się kolejne kobiety głównego bohatera wyróżniają tę scenę spośród pozostałych.
Osobą, którą bez wątpienia należy wyróżnić w
przedstawieniu, jest Iwonna Hossa, która wcieliła się w rolę Donny Anny. Z
niecierpliwością wyczekiwałem jej kolejnych partii, jej idealnego wyśpiewania każdej
pojedynczej frazy, która wybrzmiewała. Oby na stałe zagościła na operowej
scenie.
Kostiumy nawiązywały do epoki przez większość
przedstawienia, by w ostatniej scenie postacie wyszły na scenę w strojach
współczesnych. Ciekawy to zabieg, w którym postacie jakby wychodzą ze swoich
ról i przypominają bohaterów współczesnych seriali, którzy spotykają się na
rodzinnej naradzie i mówią o swoich dalszych losach.
Orkiestra prowadzona jest znakomicie pod batutą
Gabriela Chmury, jedynie raz zdarzyło się, że muzyka trochę się rozeszła, ale
to za sprawą przeniesienia części muzyków na scenę, na której odgrywali rolę
kapeli grającej na przyjęciu. Muzycy stojący po prawej stronie trochę zgubili
tempo głównej orkiestry.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz