W
ramach poznańskiego Festiwalu Transatlantyk ruszył także projekt pod nazwą
Mobilne Kino Škody. Organizatorzy chcą w ten sposób przybliżyć sam Festiwal
mieszkańcom Wielkopolski, wyświetlając w różnych miastach (Piła, Chodzież,
Wągrowiec, Śrem, Września, Kalisz i wiele innych miast) filmy.
Wraz
ze swoją przyjaciółką miałem okazję być na filmie Przed wschodem słońca w reżyserii Richarda Linklatera na pokazie w
Szamotułach, który odbył się 6 lipca o godzinie 21.30.
Do
samej organizacji pokazu zastrzeżeń chyba mieć nie można. Był duży, dmuchany
ekran, były leżaki, nawet ktoś sprzedawał prażoną kukurydzę.
Jedyne
zastrzeżenia, jakie mogą się pojawić, to zachowanie ludzi. Zgodnie z zasadą
„daj ludziom coś za darmo, a przyjdą i zepsują”, ludzie przyszli i zepsuli. Nie
obyło się bez stania i zasłaniania ekranu, głośnych rozmów o codziennych
dylematach przez cały film, wychodzenia, gdy tylko skończyło się piwo, używania
powodujących duszności środków owadobójczych (tak, komary to prawdziwa udręka,
sam mam jeszcze ślady po ich ukąszeniach, ale używanie takiej ilości środków to
chyba przegięcie) i chęci wcześniejszego wyjścia:
- Ola, idziemy już?
-
Za chwilę, miało się kończyć o 23.
-
Ale już jest po 23.
-
Ale film pewnie zaraz się skończy, poczekajmy jeszcze.
-
No dobra! Ale nudy.
Nie
muszę chyba dodawać, że obie dziewczyny filmem w ogóle zainteresowane nie były,
bo zażarte dyskusje i wędrówki po parku urządzały od samego początku.
A
film to historia spotkania dwóch osób: Francuzki Celine i Amerykanina Jesse,
którzy poznają się w pociągu. Nie jest to jednak zwykła znajomość, jakie
zawierane zostają podczas długich podróży pociągiem, bowiem szybko zamienia się
w coś więcej. Bohaterowie postanawiają wysiąść razem w Wiedniu, by spędzić cały
dzień i całą noc na rozmowach o tematach błahych, zwykłych, codziennych, ale
też ważniejszych, filozoficznych, etycznych, światopoglądowych (tu wspaniała
rozmowa o feminizmie…). Ale film to nie tylko rozmowy, nie tylko przeradzanie
się znajomości w romans, ale też wspaniałe obrazy Wiednia i muzyka, która
również zasługuje na pochwałę.
Historia
może nie kończy się tak, jak byśmy tego chcieli. W widzu zawsze drzemie
ciekawość i chce dowiedzieć się, co było dalej, a podobno największym skarbem
filmów są ich otwarte zakończenia. Tak było i tym razem. Bohaterowie rozstają
się więc na dworcu i obiecują sobie, że niedługo spotkają się w tym samym
miejscu. Czy do spotkania dojdzie? Tego nie wiemy.
Powstały
jednak dwa sequele filmu: Przed północą
i Przed zachodem słońca, które przedstawiają
dalsze losy postaci. Chyba trochę boję się je oglądać, nie chcę zepsuć
wrażenia, które wywołał na mnie Przed
wschodem słońca. Chociaż może kiedyś do nich sięgnę, kiedy ciekawość
zwycięży.
Mimo
że film wykorzystuje mnóstwo utartych schematów pojawiających się prawie w
każdej produkcji, chyba zdecydowanie warto go obejrzeć.
Raz w roku zdarza się, że Szamotuły zamieniają w
magiczną krainę muzyki. A dzieje się to za sprawą odbywającego się V Międzynarodowego
Festiwalu im. Philippa i Xavera Scharwenków oraz mającego miejsce w tym samym
czasie Mistrzowskiego Kursu Wiolonczelowego.
Kurs Wiolonczelowy skupia w Szamotułach kadrę
najwybitniejszych pedagogów z zakresu gry na wiolonczeli, co sprawia, że nawet
dość wysoka cena za uczestnictwo w kursie (1200 złotych za 4 lekcje z wybranym
nauczycielem i 2 lekcje z akompaniatorem, zakwaterowanie w bursie) sprowadza do
miasta wielu młodych muzyków, których spotkać można przechadzających się po
ulicach miasta z futerałami na plecach. Do prowadzących zajęcia należeli, m. in.:
prof. Kazimierz Michalik, prof. Markus Nylkos, dr. hab. Maciej Mazurek,
dr Tomasz Lisiecki.
Sam festiwal ma za zadanie szerzyć dokonania
Philippa i Xavera Scharwenków, dwóch wybitnych kompozytorów epoki romantyzmu
(mimo że urodzili się dopiero, gdy romantyzm był w pełni, całkowicie tworzyli w
jego duchu), których historia zaczyna się właśnie w Szamotułach, bo to w tym
mieście się urodzili, skąd później przenieśli się do Berlina. Xaver zaczął
naukę gry na fortepianie sam, ze słuchu, gdy miał 3 lata (!), formalną edukację
muzyczną rozpoczął dopiero w wieku 15 lat, gdy rodzina przeprowadziła się do
Niemiec. W 1881 roku założył konserwatorium muzyczne w Berlinie, a w 1898
szkołę muzyczną w Nowym Jorku. Podobnie też jak brat, Phillip, studiował teorię
muzyki w Berlinie, której Phillip zaczął nauczać. Wtedy właśnie pojawiły się
jego pierwsze kompozycje.
Sam festiwal to 6 koncertów oficjalnych i kilka
mniejszych, odbywających się w ciągu dnia, na których występują uczestnicy
kursu.
Niestety, na dwóch pierwszych koncertach nie byłem,
ponieważ po prostu o nich nie wiedziałem, zbyt późno zauważyłem plakat
informujący o festiwalu. Mam czego żałować, ponieważ koncert inauguracyjny to
jeden z koncertów projektu „Nie boję się muzyki”, a dokładniej koncert „M jak
Mozart”, którego zadaniem jest przybliżenie życia i twórczości tego wielkiego
kompozytora. Wykonywane były arie i duety z Czarodziejskiego
fletu, Wesela Figara, Don Giovanniego. Oprócz koncertu
wyświetlane miały też być filmy, zdjęcia, wywiady, a wszystko okraszone
odpowiednią dawką humoru.
We wtorek, 1 lipca, wystąpiła Barbara Warchalewska,
której akompaniował Paweł Mazur. Zagrała Fantazję
Alexandra Tansamana. Czy było to wykonanie mistrzowskie? Zwracając uwagę na
poziom trudności tego utworu, należy chyba odpowiedzieć, że niewiele do takiego
wykonania brakowało. Zdecydowanie pochwalić trzeba niezwykłą barwę instrumentu
Warchalewskiej, który pochodzi z XVIII wieku. Oprócz niej wystąpiło także
Saysetzky Trio, które wykonało Trio c-moll op. 101 J. Brahmsa (też utwór
trudny) oraz drugą część Tria nr 1 op. 1 Xavera Scharwenki. Na koniec wystąpił
Wojciech Kubica, wspaniały pianista, który uraczył widownię jednym utworem
Scharwenki i kilkoma „szlagierami”
Chopina, które zna prawie każdy (Nokturn cis-moll, Etiuda c-moll, Polonez As-dur),
niemniej przyjemnie było je usłyszeć (nawet na brzęczącym fortepianie, przy
którym coś złego zmajstrował stroiciel).
Kolejny dzień, środa, to występ Anny Banaś, która
wykonała Sonatę na wiolonczelę solo op. 25 nr 3 P. Hindemitha, następnie
kolejni uczestnicy kursu wykonywali poszczególne części Koncertu
wiolonczelowego e-moll op. 85. Na uznanie zasługuje Małgorzata Bleja, która
zagrała jego pierwszą, chyba najbardziej znaną, część.
Koncert który odbył się w czwartek był chyba najlepszym
koncertem, który w ramach festiwalu. Maria Bielewicz wykonała mistrzowsko
pierwszą część sonaty A-dur op. 69 L. van Beethovena, a po niej Grave Witolda Lutosławskiego. Tu ogromny
plus dla organizatorów koncertu za dobór repertuaru wiolonczelistów, którzy nie
wykonywali tylko klasyków wiolonczeli, ale też współczesną, mniej znaną muzykę,
która pozwala na pokazanie całego warsztatu młodych muzyków. Z tym zadaniem
Maria Bielewicz poradziła sobie wzorowo.
Jednak gwiazdą wieczoru został Jahnke String Quartet. Jest to zespół czwórki
młodych muzyków z Akademii Muzycznej w Poznaniu. Wykonali oni niezwykle trudny
i wymagający kwartet smyczkowy f-moll op. 80 nr 6 Felixa Mendelssohna
Bartholdy’ego i poradzili sobie z tym utworem wzorowo. Na szczególną uwagę i
wyróżnienie zasługuje warsztat Jacka Świcy, pierwszego skrzypka i Magdaleny
Probe, wiolonczelistki. Niestety, muzycy nie zdecydowali się na umieszczenie w
internecie tego utworu, jest jednak inny, wykonany na równie wysokim poziomie
kwartet J. Haydna:
Ostatni koncert, koncert finałowy, który odbył się w
sobotę, to ogromne zaskoczenie. Wystąpiła wtedy najlepsza wiolonczelistka
całego festiwalu – Daria Grzegorz, która wykonała Sonatę na wiolonczelę solo G.
Ligetiego oraz pierwszą część Koncertu c-moll op. 66 N. Miaskovskiego. Organizatorzy
znów postawili na muzykę współczesną, a Daria wręcz położyła mnie swoim
wykonaniem na łopatki. Aż słów brakuje, żeby opisać pasję, z jaką wykonała oba
utwory, niezwykle wysoki poziom jej warsztatu. Po niej wystąpił pianista Maciej
Pabich, który zagrał utwory Schuberta i Schumanna w opracowaniu Liszta (Ave Mariai Dedykacja),
by później przejść do Scharwenki, Chopina (znów w opracowaniu Liszta, tym razem
znane wszystkim Życzenie, Pierścień i
Hulanka – tu przypomina mi się
koncert zeszłoroczny, na którym grane były te same utwory Chopina) i Liszta we
własnej osobie.
Tydzień wspaniałych koncertów, niezwykłych wrażeń i
zachwytów nad muzykami szybko się skończył. Wszystkie koncerty odbywały się w
spichlerzu przy Zamku Górków. Miejsce to ma specyficzną atmosferę. Koncerty wyglądają zupełnie inaczej niż w sali koncertowej Zamku,
gdzie odbywa się większość wydarzeń. Wejście na wszystkie wydarzenia było
darmowe, ale i to nie sprowadziło na nie zbyt wielu szamotulan. Rzekłbym wręcz,
że, jak zwykle bywa na imprezach szamotulskich, pojawiły się te same, co
zawsze, osoby. A szkoda, bo koncerty naprawdę są godne polecenia. Pozostaje
jedynie mały ich mankament. Jak na festiwal, który ma promować twórczość braci
Scharwenków, mało było ich utworów. Cztery utwory braci w ciągu sześciu
koncertów i ogromu innych utworów to chyba za mało, by mówić o Festiwalu
Scharwenków.
Pozostaje teraz jedynie czekać na kolejny rok, może
znów będzie tak udany.